Nasze pancerki, jak burza, wpadły do miasta… Zagon na Kowel we wspomnieniach uczestnika wydarzeń

We wrześniu 1920 roku niewielkie, zmotoryzowane zgrupowanie Wojska Polskiego, wsparte samochodami pancernymi Ford FT-B, przeprowadziło jedną z najbardziej śmiałych operacji wojny polsko-bolszewickiej. Rajd na Kowel, strategiczny węzeł kolejowy i siedzibę dowództw jednostek bolszewickiej 12. Armii, zakończył się spektakularnym sukcesem. Wspomnienia inżyniera Rogera Eustachego Morsztyna, dowódcy jednego z pancernych Fordów, pozwalają spojrzeć na te wydarzenia oczami uczestnika, który znalazł się w samym centrum zuchwałej i zaskakującej dla nieprzyjaciela akcji, zakończonej zdobyciem miasta.

Kowel: cel o strategicznym znaczeniu

Zagon na Kowel był jednym z elementów polskiej operacji, realizowanej po zwycięskiej bitwie warszawskiej, przez 3. i 6. Armie, zakładającej rozbicie sowieckich 12. i 14. Armii, znajdujących się na wschód od Bugu. Polski plan zakładał frontalne uderzenie na miasto oddziałów piechoty z 7. i 18. Dywizji Piechoty przy jednoczesnym uderzeniu na tyły i prawe skrzydło sowieckiej 12. Armii w wykonaniu polskiej formacji pancerno-motorowej, której zadaniem było odcięcie dróg odwrotu oddziałom sowieckim. Kowel był wówczas siedzibą sztabów, magazynów i różnych formacji tyłowych 7., 25. oraz 58. Dywizji Strzeleckich z bolszewickiej 12. Armii, a także ważnym, kolejowym węzłem komunikacyjnym. Bocznice kolejowe miasta zapchane były składami kolejowymi, wyładowanymi materiałem wojennym i różnymi dobrami pochodzącymi z rabunku. Zdobycie rosyjskich parowozów i wagonów o szerokim rozstawie kół, typowym dla tamtejszej trakcji kolejowej, znakomicie ułatwiłoby Wojsku Polskiemu prowadzenie pościgu za nieprzyjacielem bez konieczności wikłania się w czasochłonne prace przy przebudowie torów lub pociągów. 

1. Pojazdy 1. Kolumny Lekkich Samochodów Pancernych. Na pierwszym planie Fordy FT-B, za nimi prawdopodobnie półpancerne White'y. 

Do wykonania tego arcyważnego zadania wyznaczone zostały 2. i 3.  Bataliony 26. Pułku Piechoty z 7. Dywizji Piechoty, wsparte dwiema bateriami dział polowych – łącznie 8 armat 75 mm. Przewóz tych sił zapewniało pięć kolumn transportowych liczących 54 ciężarówki w tym cysterny paliwowe i ciężarówkę warsztatowo-zaopatrzeniową. Pięścią uderzeniową formacji było 10 wozów bojowych – 7 samochodów pancernych Ford FT-B, jeden improwizowany wóz pancerny typu Packard, uzbrojony w armatkę polową na skrzyni ładunkowej oraz dwa improwizowane samochody półpancerne White, powstałe na bazie znanej ciężarówki amerykańskiej firmy White Motor Company. Swoją formą przypominały one używane przez Amerykanów w wojnie wietnamskiej tzw. „gun trucki” – posiadały opancerzone burty skrzyni ładunkowej, która od góry była odkryta. Wewnątrz skrzyni ładunkowej znajdowały się stanowiska strzeleckie dla dwóch karabinów maszynowych.    

Dowódcą zgrupowania, liczącego ponad 1000 żołnierzy, był major Włodzimierz Bochenek. Polska formacja miała do przebycia około 130 kilometrów.

Ochotnik w Fordzie FT-B

Jednym z uczestników tych wydarzeń był inżynier Roger Eustachy Morsztyn, syn właścicieli majątku Branków niedaleko Grójca, który w obliczu bolszewickiego zagrożenia w 1920 roku na ochotnika zgłosił się do Wojska Polskiego. Morsztyn był wówczas dowódcą samochodu pancernego Ford FT-B. Kilka lat po tych wydarzeniach spisał relację, przedstawiającą przebieg jednej z najśmielszych akcji zaczepnych Wojska Polskiego w wojnie polsko-bolszewickiej. Zamieścił ją w swojej publikacji "Samochody Pancerne", wydanej w 1928 roku, Leonard Żyrkiewicz:  

     I-a kolumna lekkich samochodów pancernych, pod dowództwem por. Dzięcielewskiego, w składzie 8 "Fordów", 2 "White‘ów", 1"Packarda" i kilku wozów pomocniczych, żegnana niedowierzaniem kolegów warszawskich, wyruszyła w końcu lipca na front północny. Odkomenderowana do 5-ej armii i przerzucana stosownie do potrzeby z dywizji do dywizji, znajdowała się przez cały sierpień w ciągłych walkach w okolicach Płońska i Mławy, a więc w punkcie, w którym zdecydowały się losy Warszawy. Kolumna ta, wbrew sceptycyzmowi fachowców i wbrew ograniczonemu swemu pierwotnemu celowi, prowadziła przez cały ten czas samodzielną akcję dywersji daleko na tyłach nieprzyjaciela, przerywając i niszcząc mu komunikację i znosząc mniejsze oddziały słynnego Gai Chana. Dzięki swej niezwykłej nawet na samochody lotności, oddała ona nieocenione usługi pod względem informacyjnym, demoralizując jednocześnie przeciwnika, szarpanego z niebywałą szybkością w rożnych, często bardzo od siebie oddalonych punktach. Gdy więc po zlikwidowaniu 5-ej armii kolumna przewieziona została na front wołyński do 3-ej armii, zaszczycona została w rozkazie pożegnalnym generała Sikorskiego do swej armii podziękowaniem i nazwą "pełnej brawury".

2. Włodzimierz Bochenek, dowódca polskiej formacji pancerno-motorowej w zagonie na Kowel - na fotografii w stopniu podpułkownika. 

     Przybywszy w początkach września do Chełma, kolumna otrzymała rozkaz stawienia się w dn. 10-ym we Włodawie, punkcie zbornym wszystkich kolumn samochodowych, przeznaczonych do zamierzonego wypadu na Kowel, Tu miano się zgrupować i zaopatrzyć i stąd miał się rozpocząć ten śmiały rajd bojowy. Linia frontu przechodziła w tym momencie na wschód pod Brześciem i wyginając się następnie łukiem ku zachodowi, biegła w tym odcinku wzdłuż rzeki Bugu.

     Zadanie grupy wypadowej polegać miało na jednoczesnym współdziałaniu z akcją naszych 18-ej i 7-ej dywizji piechoty, które forsować miały w rejonie Dorohobuska i Dubienki przejście przez Bug i następnie czołowym uderzeniem atakować Kowel, oraz z akcją Północnej Brygady Jazdy płk. Dreszera, która przez Hrubieszów oskrzydlać miała nieprzyjaciela z południa. Grupa wypadowa uderzyć miała od tyłu z północy, objeżdżając dalekim, aż pod Brześć sięgającym łukiem, przerżnąć się w jego okolicach przez front nieprzyjacielski i następnie, dążąc szybkim rajdem, starać się zająć Kowel przez zaskoczenie od tyłu w ten sposób, żeby przy atakowaniu od zachodu przez naszą piechotę, nie dozwolić nieprzyjacielowi wywieźć nagromadzonych tam zapasów. Teoretycznie wyznaczona nawet została godzina zejścia się w zajętym Kowlu atakujących z rożnych stron oddziałów.

Przez piachy nad Bugiem

     10 września pod wieczór zjechały się na rynku we Włodawie wyznaczone do rajdu kolumny. Z pancernych, jednakże zjawiła się tylko I-a kolumna lekkich samochodów (Fordy) w pełnym swym składzie, prócz jednej maszyny pozostawionej w remoncie. Duch w niej panował wyśmienity i załoga pełna była zapału, czego dowód dała tejże jeszcze nocy. Ponieważ most przez Bug był zniszczony, przeprawiać się należało przez most pontonowy, zbudowany o dwa kilometry powyżej dawnego, i następnie nadbrzeżnemu piaskami i rozlewiskami dojeżdżać do szosy. Otrzymawszy rozkaz zajęcia jeszcze w nocy stanowisk na szosie Kobryńskiej kolumna już o zmroku przeprawiła się przez rzekę i przy nadludzkich wysiłkach całej załogi z trudem zdołała wygrzebać się z nadbużańskich piasków tak, że dopiero o 2-ej w nocy stanęła na szosie. Przeciągnięcie ciemną nocą przez dwa kilometry piachów, do maximum obciążonych pancerzami amunicją i materiałami samochodów zajęło 8 godzin ciężkiej pracy. Wszystkie kolumny ciężarowe pozakopywały się w tych piaskach i nie były w stanie wydobyć się z nich tej nocy.

3. Rynek we Włodawie w latach 20-tych XX wieku. 

     Kolumna nasza zajechała dla przenocowania na dworzec kolejowy, oddalony o 4 km od miasta. Tutaj przy poprawianiu przy rozpalonym ognisku jednego z Fordów, zapaliła się nagle rozlana benzyna i w jednej chwili pancerka stanęła w ogniu. Dzięki zimnej krwi i przytomności umysłu załogi, przyzwyczajonej już do nagłych pożarów, udało się wkrótce ogień stłumić zarzuconymi, w braku piasku lub błota, gdyż staliśmy na zabrukowanym dziedzińcu, na pancerkę płaszczami żołnierskimi. Uszkodzenie maszyny, jednakże było bardzo znaczne, gdyż spłonęły wszystkie palne części i stopiły się połączenia lutowane. Dzięki jednak dobrej woli i zapałowi obsługi przystąpiono do natychmiastowego remontu; zniszczone części zastąpione zostały przez inne z jednego zbędnego Forda pomocniczego i w ciągu 3 godzin maszynę doprowadzono do porządku. Gdy o g. 10 rano kolumna wyciągnęła się na szosie w szyku pochodowym, spalony Ford zajął wraz z innymi wyznaczone mu miejsce, dając temu chlubne świadectwo zapałowi i zręczności naszej braci szoferskiej.

     Tejże nocy objął dowództwo nad połączonymi kolumnami przybyły z Warszawy major Bochenek. W sztabie siódmej dywizji piechoty, na plebani, przy kopcących świecach, ustalony został szczegółowy plan wypadku i wydane rozkazy. Mieliśmy wyruszyć szosą Kobryńską na północ i następnie skręciwszy na południe, na szosę Brześć — Kowel, uderzyć na bolszewików. Mieliśmy więc do przebycia z Włodawy do skrzyżowania tych szos około 65 km, stąd zaś do Kowla 95 km, — razem więc czekał nas rajd 160 kilometrowy, podczas gdy oddalenie Kowla od Bugu w prostej linii, a więc droga, którą mniej więcej przebyć miała piechota wynosi około 70 kilometrów.

W drogę na tyły nieprzyjaciela

Po ciemnej i zimnej nocy nastał wreszcie szary świt. Nadbużańskie pastwiska zakryła gęsta mgła, wśród której rozpoczęło się gorączkowe wyciąganie ugrzęzłych samochodów. Decydującą pomoc okazała wreszcie artyleria, wywlekając swymi zaprzęgami znieruchomiałe kolosy. Wreszcie o 10-ej godzinie 54 samochody połączonych kolumn: 17, 28, 81, 200 i 300 oraz naszej pancernej wyciągnęły się na szosie od Bugu aż do dworca kolejowego. Czoło kolumny stanowiły 3 nasze pancerne "Fordy" oraz półpancerny "White". Za nim stanęło kilka ciężarowych samochodów, na które wsiadło pół batalionu 26 pułku piechoty. 2 armaty 7-ej baterii przyczepione zostały do innych wozów, na które załadowano również potrzebną amunicję. Zaprzęgi miały połączyć się z nami dopiero w zajętym Kowlu. Tak sformowany oddział, jadący w zwartym szyku, stanowił awangardę głównej kolumny. Za nią dwa pancerne ,"Fordy" i półciężarowy "Fiat" oficera łącznikowego, rozciągnięte na przestrzeni 2 km, pełniły służbę łączności. Za nimi jechała wreszcie reszta samochodów ciężarowych z 1 i półbatalionem piechoty (3-cim i 4-tym 26 pułku) oraz z 1 i półbaterią (7-ą i 8-ą) artylerii polowej pod dowództwem majora Pileckiego, oraz wozy pomocnicze i cysterny, pochód zaś zamykały pozostałe 2 "Fordy" pancerne i 1 "White" półpancerny. Łączne siły wynosiły ponad 1000 ludzi i 8 armat.

4. Czterotonowa ciężarówka Berliet CBA Wojska Polskiego. 

     Około południa kolumna ruszyła w drogę. Bez większych przeszkód jechaliśmy do skrzyżowania szos z przeciętną średnią szybkością około 12 km na godzinę, co stanowiło dla tak wielkiego oddziału ciężko obładowanego szybkość zupełnie dobrą, tym bardziej jeśli się weźmie pod uwagę, że w tej błotnistej okolicy należało stawać kilkakrotnie dla umocnienia zbyt słabych mostów lub naprawy spalonych. Raz nawet trzeba było wyciągać "Berlieta", który się załamał. Do pomocy mieliśmy, jednakże kompanię inżynierską z potrzebnym materiałem. Pod wieczór kolumna osiągnęła skrzyżowanie szos. Tu przed godziną wojska nasze, atakujące od Brześcia, stoczyły bitwę z bolszewikami: świadczyły o tym leżące na drodze trupy i przekopane rowy, które musieliśmy zasypywać. Ciemną już nocą zajechaliśmy do wsi Mokrany, dopiero co zajętej przez naszą piechotę. Stąd już przebijać się mieliśmy na tyły bolszewickie: sygnalizowano nam bowiem wroga w sąsiedniej na szosie wiosce Hornikach, o 21 kilometrów.

Atak na Horniki i Ratno

     Po zlustrowaniu samochodów o 12-ej w nocy kolumna możliwie cicho, z zamkniętymi tłumikami i bez świateł ruszyła dalej. Stłoczeni na samochodach w pozycji stojącej żołnierze, pomęczeni zbyt długą jazdą, drzemali, oparłszy się jeden o drugiego. O godzinie 2-ej rozległ się od przodu krótki grzechot karabinów maszynowych. To awangarda nasza wpadała już do Hornik. Walka była krótka: kilka granatów ręcznych, rzuconych bezskuteczni pod pancerki i bezładna ucieczka w ciemności. Zanim zaskoczeni bolszewicy zorientować się mogli w sytuacji, już piechota nasza zsiadała z samochodów i biegła do ciemnych chałup. Nad szosą pozostawiono nam dwie armaty z odjętymi zamkami. Na wystrzelenie z nich nie było czasu — obsługa ich jednak, korzystając z ciemności, uciekła między ogrody, unosząc z sobą zamki. — Za chwilę piechota przyprowadziła kilkunastu zaspanych jeńców, pochwyconych we śnie po chałupach.

5. Schemat zagonu na Kowel prezentowany w pracy Leonarda Żyrkiewicza "Samochody Pancerne".  

     Po krótkim przesłuchaniu jeńców ruszyliśmy dalej. Świtało już gdyśmy wjeżdżali do Ratna, Tu bolszewicy na nas nie czekali. Podpaliwszy most zdążyli uciec, pozostawiając kilkunastu maruderów, między nimi doktora i siostrę. Przez palący się most przejeżdżamy w pędzie. Nie ma czasu go gasić. Przyśpieszamy tylko, żeby wszystkie 50 samochodów zdążyły przejechać. Wybiegającym naprzeciwko nas, z podniesionymi rękami, bolszewikom rzucamy, nie zatrzymując się, paczki przepustek do niewoli,"propusk w pleń", w które, dla propagandy defetystycznej między wrogiem, zaopatrzyło nas dowództwo. Skwapliwie je zbierają i ruszają od razu w drogę na północ ku Brześciowi, powiewając nimi ku każdemu nadjeżdżającemu samochodowi i legitymując się tym z dopełnionej formalności oddania się do niewoli.

     Tempo naszej jazdy wzmaga się, W chłodnym poranku samochody pracują bez zarzutu, szosa jednak poprzecinana jest licznymi rzeczkami — i kilka mostów rozrzucono. Odbudowujemy je, jak się dało i po chwiejących się i trzeszczących arcydziełach... szybkości naszej kompanii inżynierskiej przejeżdżamy — byle prędzej.

Coraz bliżej Kowla

     Pod Bucynem trafiamy na pierwszy opor bolszewików. Ustawione pod Sekuncem dwie armaty strzelają po szosie, za wysoko jednak lub za blisko. Niebezpiecznie jest jednak wjeżdżać całą kolumną pod ogień czołowy armat. Zatrzymujemy się na wzgórzach, skąd widzimy wyraźnie szosę na kilkanaście kilometrów przed sobą. Widzimy jak pancerki awangardy dopadają armat, bezskutecznie starających się wziąć je na cel. Krótki grzechot karabinów maszynowych i zaprzęgi wybite; armaty nieuszkodzone wpadają nam w ręce.

     W międzyczasie z prawego boku pod lasem ukazuje nam się podjazd kozacki i szybko chowa w gęstwinę. Z naszych armat posyłamy kilka szrapneli na las. Za chwilę wychodzi z niego gęsta kolumna bolszewików, lecz, ku naszemu zdziwieniu, nieuzbrojonych; wysłany naprzeciwko mały oddział piechoty przyprowadza nam około 2000 jeńców; to świeży rekrut bez broni pędzony na pozycję, który przy niespodziewanym zetknięciu się z nami wolał nie próbować służby frontowej i jak najśpieszniej skorzystał z okazji spokojnego doczekania końca wojny.

     Za chwilę mamy nową niespodziankę. W obłoku kurzu nadjeżdża od strony Kowla motocykl i w pędzie wpada między nasze wozy. Czy wziął nas motocyklista za swoich, czy też jest to również amator niewoli, dość, że z całym spokojem i uśmiechem na ustach zsiada i wręcza nam swoją skórzaną torbę z rozkazami, które wiózł do zniesionych już przez nas oddziałów.

6. Kawalerzyści sowieckiej 1. Armii Konnej. 

     Załatwiwszy się z jeńcami, których pod eskortą kilkunastu żołnierzy wysyłamy za sobą piechotą do Kowla, i przyczepiwszy do samochodów bolszewickie armaty — ruszamy dalej. Przy sąsiedniej wiosce ustawiona gdzieś z lewego boku armata bierze na cel samochód oficera łącznikowego; kilka szrapneli za wysoko wymierzonych nie zatrzymuje jednak pochodu. Nie odpowiadając na nieszkodliwą zaczepkę, pędzimy w stronę Kowla; znaki wiorstowe wskazują nam, że zbliżamy się do celu.

     Jedziemy coraz prędzej. Maszyny pracują idealnie, a na wszystkich twarzach, pomimo zmęczenia, maluje się wesołość i ochota. Za Dubową, przy zjeżdżaniu z pagórka, ukazują się nam wreszcie pierwsze domy Kowla i kompleks czerwonych koszar. Wymijamy znowu stojące na środku szosy dwie armaty — przy nich wybite konie i trupy artylerzystów — to jeszcze dzieło naszych pancerek z awangardy. Jedziemy teraz z szybkością na jaką tylko stać nasze "Berliety‘" i "White‘y"; z miasta dolatuje nas już grzechot karabinów maszynowych — awangarda nasza tam już pracuje.

Pod ogniem pociągów pancernych

     Dochodzi już 2-a p. p. Od strony miasta odzywa się artyleria bolszewicka. Pociski przelatują nad nami i pękają w polu za szosą. Przed nami, za domami, czernieje tor kolejowy, wyginając się łukiem ku północy; biegnie on o jakieś 500 metrów równolegle do szosy i ginie za wzgórzami.

     W tym miejscu ukazuje się nagle słup dymu i szybko zbliża się do nas. Za chwilę z za pagórków wyłania się ciemna masa pociągu pancernego. Pędzi on od strony Brześcia, by uniknąć odcięcia. Na rozkaz, podany od przodu, kolumna staje, artylerzyści gorączkowo odczepiają armaty i spychają je rękami w przydrożne rowy i za kępy drzew. Piechota zeskakuje z wozów i kłusem podbiega pod koszary, kilka kompanii kieruje się wprost przez pola ku bielejącemu o 2 wiorsty stąd dworcowi kolejowemu.

     Od miasta grzechot karabinów maszynowych staje się nieprzerwany; ogień baterii nieprzyjacielskiej jest coraz szybszy; już i pociąg pancerny posyła nam pierwsze granaty. Teraz i nasze baterie zaczynają odpowiadać. — Na horyzoncie naokoło miasta podnoszą się gęsie obłoki kurzu i jak mgła zasnuwają widnokrąg. Przez lornetki obserwujemy bezładną ucieczkę we wszystkich kierunkach niezliczonych taborów bolszewickich.

7. Jeden z sowieckich pociągów pancernych. 

     Tymczasem pociąg pancerny podjeżdża coraz bliżej. Z ciemnych jego boków w miarowych odstępach wykwita słup ognia; pancerka zaczyna z coraz większą precyzją zasypywać nas granatami. Nasza artyleria ostro odpowiada. Samochody otrzymują rozkaz wycofać się w tył za wzgórza; rozkaz ten jest jednak trudny do wykonania. Najdalsze samochody zawracają — bliższe jednak toru stłoczyły się zanadto, tworzy się zamieszanie i wkrótce, pod coraz gęstszym ogniem, samochody bezradnie stają. Ale oto pociąg podjeżdża za stojące długim rzędem koszary i milknie. Tor tu na krótko zakreśla półkole — za chwilę pociąg będzie przed nami, na przejeździe, następnie ostrzeliwać nas zacznie z lewego boku.

     Wtem z za wzgórza, w ślad za tamtym, ukazuje się drugi pociąg; znacznie dłuższy: to pociąg towarowy; za chwilę za nim trzeci, znowu pancerny. Pierwszy pociąg mamy już z lewej strony; oddalając się ku torowi, praży on nas ze wszystkich dział i karabinów maszynowych — z prawej strony otwiera ogień drugi pociąg. Jesteśmy wzięci w krzyżowy ogień. Naokoło nas, ze wszystkich stron, pękają teraz pociski; z bzykiem nadlatują roje kul z karabinów maszynowych i z trzepotem rozsypują się po ścianach otaczających nas budynków. Artyleria nasza strzela bez wytchnienia z otwartej swej pozycji i zmusza bolszewicką baterię pod miastem do milczenia.

     Pociąg z prawej strony zbliża się ku nam; widzimy go, jak na dłoni. Mamy wrażenie, że kilka naszych pocisków go trafiło. Z tendra wydobywają się kłęby pary i pociąg posuwa się wolniej. Za to ma czas wyrównać swój ogień. Kilka granatów pęka na szosie pomiędzy stłoczonymi samochodami. Ruch się robi pomiędzy niemi — starają się wycofać spod ognia. Kilka z nich staje w poprzek szosy i powiększa zamieszanie. Od miasta dolatuje zgiełk i szum rozszalałego ula, przerywany rzadszym już terkotem karabinów maszynowych. Baterie nasze strzelają teraz ze wszystkich dział; huk staje się nieprzerwany: przypominają się wrażenia wielkiej wojny. Ale oto już i drugi pociąg wjeżdża za koszary; zajeżdżając na lewą stronę, posyła nam jeszcze ostatni grad kul z karabinów maszynowych, wlokąc się coraz wolniej i wreszcie ginie między stojącymi na stacji wagonami.

     Zgiełk bitwy ucicha, w mieście gwar milknie; od zachodniej strony tylko dochodzi nas teraz daleki odgłos armat. To piechota nasza gdzieś nad Bugiem toruje sobie ku nam drogę. Nadchodzi raport od pancerek awangardy: miasto opróżnione. Sprawdzamy nasze straty: dwóch zabitych, — szofer i karabinier na wozie ciężarowym; kilkunastu rannych. Z samochodów cudem żaden nie uszkodzony. 0 4-ej otrzymujemy rozkaz wjechania do miasta. Samochody równają się i rozciągają znów w długą, prawidłową linię. Artylerzyści przyprzęgają swe armaty i wolno ruszamy w stronę miasta.

     Obraz, który nam się teraz ukazuje, nie da się wprost opisać. Szosa wprawdzie cała wolna, ale za to rowy i podwórza przydrożnych domów zatłoczone powywracanymi wozami. Sporo zabitych zaprzęgów; na niektórych wozach trupy woźniców. Wokoło porozsypywane najrozmaitsze przedmioty: pościel, futra, naczynia, tobołki i walizki, a nade wszystko niesłychana wprost ilość papierów. Wiatr rozwiewa już po polach płachty krzyczących afiszów, wśród których zwraca uwagę karykatura buldoga w rogatywce z napisem "Jaśnie wielmożnaja Polsza, pośledniaja sobaka antanty". W powietrzu wirują tysiące białych i kolorowych proklamacji. Tu rozsypany cały worek blaszanych gwiazdek bolszewickich; tu rozprute worki z owsem lub mąką; nieco dalej obraz jakoby corridy hiszpańskiej: przez szosę wolno przechodzi koń z rozprutym brzuchem, wlokąc za sobą zwisające wnętrzności. Inne spokojnie stoją przy powywracanych wozach, obojętne nawet na huk przejeżdżających samochodów.

Nasze pancerki, jak burza, wpadły do miasta

     Wjeżdżamy do miasta. Ulice wymarłe — okiennice w domach szczelnie pozamykane, tylko mnóstwo najrozmaitszych przedmiotów zaściela chodniki i podwórza. Ucieczka bolszewików była tak nagła i gwałtowna, że nic prawie nie zdołano wynieść.

     Gdy pierwsze nasze pancerki, jak burza, wpadły do miasta, na ulicach, z powodu niedzieli, ruch był bardzo ożywiony; nikt nie podejrzewał nawet naszego zbliżenia się. Na widok samochodów rzuciło się wszystko do bezładnej ucieczki; nikt nie myślał już o obronie. Komisarze bez płaszczy i czapek, zostawiwszy wszystkie swoje rzeczy, papiery i rozkazy, gdzie który mógł, dopadał furmanki lub konia i uciekał w boczne uliczki. W ciągu 5 minut stacjonujące w Kowlu co najmniej 2 dywizje 9 korpusu opróżniły miasto, pozostawiając nam literalnie wszystko. W uciekające gromady wmieszały się nasze samochody i bezlitosnym ogniem karabinów maszynowych, jak miotłą czarodziejską, oczyszczały przed sobą drogę. Nie spotkały najmniejszego nawet oporu; niespodzianka była zbyt nagła i zbyt wielki popłoch i przerażenie.

8. Dworzec kolejowy w Kowlu w okresie I wojny światowej. 

     Przejeżdżamy teraz wzdłuż miasta i połączywszy się z awangardą rozlokowujemy się, gdzie kto może. Wieczór już się zbliża, cichy i spokojny po poprzedniej wrzawie i huku. Wyraźniej teraz dolatuje nas od zachodu oddalony huk armat. Bolszewicy widocznie stawiają naszym opór, nie wiedząc jeszcze, żeśmy się usadowili na ich tyłach.

Obrona zdobytego miasta

     Patrole donoszą nam, że nieprzyjaciel okopuje się za miastem. Położenie nasze nie jest bardzo pewne; w 1000 ludzi utrzymać musimy Kowel, aż do nadejścia naszej armii, ale taką siłą obsadzić tak rozciągnięte miasto jest niepodobieństwem. Umacniamy się przeto na dworcu i w starej dzielnicy; na mostach nasza kompania inżynierska stawia barykady i urządza niewielkie okopy. Za niemi artyleria wystawia swe działa; zdobyte na bolszewikach, tworzą nową naszą baterię.

     Zmrok już zapada. Piechota przyprowadza jeńców; jest ich kilka tysięcy; za chwilę alarmują nas, że od strony Brześcia nadciąga jakaś kawaleria i wkrótce posterunki przyprowadzają sotnię kozaków z bronią na doskonałych koniach. Przyszli poddać się, a raczej przejść na naszą stronę, Z dworca kolejowego meldują, że nieprzyjaciel nie wywiózł ani jednego wagonu. Zdobycz jest ogromna; pociąg pancerny z uszkodzonym tendrem wpadł w nasze ręce. Ciemna, pochmurna noc zapada teraz szybko nad wymarłem miastem. Samochody pancerne otrzymują rozkaz patrolowania aż do świtu w promieniu 5 kilometrów na szosach wokoło miasta. Po ostatniej walce i trzech nocach jazdy bez spoczynku ciężki to obowiązek; czujemy jednak wszyscy, że od tego zależeć będzie bezpieczeństwo całego oddziału. Opatrujemy więc przy świetle zabrudzone wozy, dopełniamy zbiorniki i wysyłamy pancerki w noc ciemną na podmiejskie drogi. Mija ona jednak spokojnie i o świcie zajeżdżamy na spoczynek.

9. Autor niniejszych wspomnień inżynier Roger Morsztyn podczas polowania pod koniec lat 30-tych XX wieku. 

     Około 10-ej wkraczają do miasta pierwsze oddziały 18 i 7-ej dywizji piechoty, idące wprost od Bugu. Nieprzyjaciel rozbity wymknął się bokami, wstrzymawszy jednak przez kilkanaście godzin nasze wojska. Oddziały nasze, niespokojne więc o los nasz, nocnym, również rekordowym marszem, przebyły dzielącą nas przestrzeń. Teraz możemy zdać sobie sprawę z ogromu naszej zdobyczy. Na kolei pozostawiono nam kilkaset wagonów, w czym większość sformowanych pociągów, załadowanych olbrzymimi zapasami żywności i materiałów wojennych. Naliczyliśmy: dwa pociągi pancerne, kilkadziesiąt armat, 12 samochodów, aeroplany, amunicję, mundury i materiały sanitarne w ogromnej ilości; drugie tyle mieliśmy na podwodach lub w składach w mieście. Jest i dla nas, samochodziarzy, cysterna doskonałej benzyny i druga — oliwy.

     W więzieniu czerezwyczajki zastaliśmy kilkuset naszych jeńców i zakładników. Trudno opisać radość ich z powodu tak niespodziewanego wyzwolenia.

Rajd, który przeszedł do historii

     Koło południa przybyły większe nasze siły. Kowel teraz został mocno obsadzony i pomimo, że bolszewicy okopali się wokoło, życie poczęło wracać na wymarłych wczoraj ulicach. Czekały nas tego dnia jeszcze ostre walki z pociągami pancernymi i piechotą bolszewicką, która kilkakrotnie atakowała i starała się odebrać nam miasto, a zwłaszcza dworzec kolejowy z tak bogatymi zapasami; wszystkie ataki jednak zostały odparte i Kowel ostatecznie utrzymany. Nazajutrz już linia frontu przesunęła się przez nas; bolszewicy cofnęli się na wschód; 14-go wieczorem zaś wyruszyliśmy na Łuck, na nowe walki i tym razem poważniejsze straty. Nie opisuję jednak tych zdarzeń, gdyż z chwilą wkroczenia do miasta naszych dywizji skończyła się akcja samodzielna samochodów; wypad na Kowel uwieńczony najpełniejszym powodzeniem został zlikwidowany i maszyny użyto do nowych działań, w związku z rozwijającym się dalej pościgiem za uchodzącym na wschód nieprzyjacielem.

     Tak więc dzięki przebiciu się na tyły wroga i dzięki piorunującemu uderzeniu, zajęliśmy prawie bez strat ten ważny punkt strategiczny i wzięliśmy niezwykle obfitą zdobycz. Samochody w tej akcji odegrały rolę decydującą. Samochody pancerne uderzały wszędzie pierwsze i torowały innym drogę. Bolszewicy nigdy nie mogli przypuszczać, że gdy 11-go września front przechodził pod Brześciem i nad Bugiem, to już 12-go w południe znajdować się będziemy pod Kowlem. Umożliwiły to samochody. Dały one możność tak nieznacznymi siłami zaskoczyć i rozbić kilka dywizji bolszewickich i wziąć liczbę jeńców, kilkakrotnie przekraczającą nasze własne siły.

Rajd na Kowel przyniósł Polakom ogromny sukces strategiczny i materialny. W ręce żołnierzy Wojska Polskiego wpadło 3000 jeńców, 2 pociągi pancerne, 36 armat różnego kalibru, 3 samoloty, 12 samochodów, 4 lokomotywy, 300 wagonów, setki ton zaopatrzenia oraz porzucone w panice przez nieprzyjaciela dokumenty sztabowe. Front został przesunięty o około 100 kilometrów. Dezorganizacja tyłów sowieckiej 12. Armii wzbudziła głębokie zaniepokojenie u dowódcy nieprzyjacielskiego Frontu Zachodniego Nikołaja Tuchaczewskiego i uniemożliwiła mu przeprowadzenie własnej operacji zaczepnej, której wycofująca się w popłochu 12. Armia miała być jednym z elementów. A wszystko to odbyło się przy minimalnych stratach własnych. W następnych latach rajd na Kowel, który dostarczył rozlicznych doświadczeń w dziedzinie sztuki wojennej, stał się przedmiotem szczegółowej analizy sztabów wielu państw, w tym nawet armii amerykańskiej.

***

Źródła fotografii:

  1. Domena publiczna (zdjęcie po renowacji cyfrowej). 
  2. Domena publiczna (zdjęcie po renowacji cyfrowej). 
  3. Domena publiczna. 
  4. Domena publiczna.
  5. Leonard Żyrkiewicz "Samochody Pancerne", Warszawa 1928.  
  6. Domena publiczna. 
  7. Domena publiczna. 
  8. Domena publiczna. 
  9. https://warka24.pl/68119/brankow/ 

Bibliografia:

  • Stanisław Abramowicz, Józef Kreis: Zarys historii wojennej 26-ego Pułku Piechoty, Warszawa 1929.  
  • Piotr Galik: Nie tylko koń i szabla!  Działania manewrowe Wojska Polskiego w latach 1918-1920, "Odkrywca" 2008, nr 7.
  • Andrzej Antoni Kamiński, Tomasz Szczerbicki: Samochody pancerne i transportery opancerzone Wojska Polskiego 1918-1950, Warszawa 2010. 
  • Michał Kuchciak: Samochód pancerny inż. Tadeusza Tańskiego, "Technika Wojskowa Historia" 2022, nr 3.
  • Stefan Pomarański: Pierwsza wojna polska (1918 – 1920). Zbiór wojennych komunikatów prasowych Sztabu Generalnego…, Warszawa 1920.  
  • Michał Miazga, Andrzej Godlewski: Pierwsza polska pancerka Ford FT-B, "Militaria XX Wieku" 2008, nr 1.
  • Kazimierz Rosen-Zawadzki: Zagon związku motorowego na Kowel oraz widoki podobnej operacji w przyszłości w świetle poglądów rosyjskich, "Przegląd Wojskowo-Techniczny" 1933, Tom 14, Zeszyt 5.
  • Lech Wyszczelski: Kampania Ukraińska 1920 roku, Warszawa 2009. 
  • Lech Wyszczelski: Operacja Niemeńska 1920 roku, Warszawa 2003.
  • Leonard Żyrkiewicz: Samochody Pancerne, Warszawa 1928.

 

 

Komentarze