W tajnej misji wywiadowczej na terytorium Niemiec. Wspomnienia agentki wywiadu Armii Krajowej

Była najmłodszą agentką wywiadu Armii Krajowej. Aby zdobywać informacje wywiadowcze przyjęła volkslistę i zniemczyła nazwisko, co umożliwiało jej skuteczną infiltrację środowisk okupanta. W ryzykownych misjach wywiadowczych zapuszczała się głęboko na terytorium wroga, działając w Berlinie, Hamburgu, Monachium i Wiedniu.  

Halina Kłąb miała 16 lat, gdy Niemcy i Sowieci dokonali agresji na Polskę. Kobieta mieszkała w Łodzi. Dobrze sytuowani rodzice bardzo zadbali o jej wykształcenie i wszechstronny rozwój – uczyła się w prestiżowym prywatnym gimnazjum, grała na pianinie, uwielbiała teatr, kino, wstąpiła do harcerstwa, które w tamtych czasach było prawdziwą szkołą charakteru i patriotyzmu.  

Już w 1939 roku Halina wstąpiła do łódzkiego oddziału Związku Walki Zbrojnej, zostając łączniczką o pseudonimie "Ryszard". Wkrótce od przełożonych otrzymała polecenie nauki języka niemieckiego oraz zaznajamianie się z kulturą niemiecką. Kolejny rozkaz był daleko bardziej wymagający – wykorzystując niemieckie pochodzenie swojej babki Amandy Vogel musiała wpisać się na volkslistę. Zniemczyła wówczas swoje nazwisko na Klomb. Wstąpiła także do Bund Deutscher Mädel, czyli żeńskiego odpowiednika Hitlerjugend. Oczywiście poczynania te wzbudzały niechęć do Haliny jej polskich rówieśników i znajomych, nieświadomych zaangażowania dziewczyny w konspiracji. Uznano ją za zdrajczynię. Halina niewiele sobie jednak z tego robiła, a jej dojrzałość, zdeterminowanie, pewność siebie, oddanie sprawie narodowej zadziwiały przełożonych i współpracowników. 

1. Halina Kłąb po wojnie przyjęła nazwisko męża - Szwarc. Była agentka Armii Krajowej, mimo szykan ze strony komunistycznej bezpieki, została doktorem medycyny i wybitnym naukowcem. Fotografia z 1975 roku.  

Aby jednak uniknąć nieprzyjemności przeniosła się na pewien czas do Skierniewic. Kolejnym przystankiem na jej drodze był Kalisz, gdzie uczęszczała do niemieckiej szkoły, szybko stając się najlepszą uczennicą. Halina zniemczyła swoje nazwisko, zmieniając je na Klomb. Z wyróżnieniem zdała maturę i rozpoczęła pracę jako nauczycielka w szkole w Piwonicach, gdzie uczyła dzieci niemieckich osiedleńców. Nie miała z tym najmniejszych problemów, biegle posługując się językiem niemieckim. Pewna siebie, sympatyczna i elokwentna, niebieskooka, zgrabna blondynka z łatwością zaskarbiała sobie zaufanie Niemców.

W Kaliszu Halina działała w ramach lokalnej ekspozytury Wydziału Wywiadu Ofensywnego Oddziału II Komendy Głównej Armii Krajowej o kryptonimie "Stragan", a potem "Lombard". Jej bezpośrednim przełożonym był tam podporucznik rez. Wacław Kałużniak ps. "Jacek Pierwszy", 26-letni absolwent filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Gdy Kałużniak wpadł w ręce Niemców i został rozstrzelany w egzekucji w Zgierzu 20 marca 1942 roku, Halina przejęła jego obowiązki, przybierając pseudonim "Jacek Drugi".

Służba wywiadowcza Armii Krajowej posiadała doskonale rozbudowany i sprawnie funkcjonujący aparat, obejmujący swym zasięgiem okupowane obszary Polski i innych krajów europejskich, a także tereny III Rzeszy i państw współpracujących z Niemcami. Zebrane materiały, po weryfikacji i obróbce w Biurze Studiów Wojskowych i Biurze Studiów Gospodarczych, przekazywane były do Oddziału II Sztabu Naczelnego Wodza w Londynie i udostępniano brytyjskim sojusznikom.

W listopadzie 1942 roku Halina Kłąb w ramach "Akcji N" wyruszyła do Wiednia, dla przykrywki zostając studentką medycyny. "Akcja N" polegała na wydawaniu czasopism i ulotek w języku niemieckim, które miały dezinformować Niemców co do rzeczywistej sytuacji na froncie i obniżać ich morale. Co dwa tygodnie przewoziła tam z Łodzi wydrukowane po niemiecku gazety i ulotki. Przeglądając prasowe nekrologi starała się trafić ze swoimi propagandowymi materiałami do rodzin żołnierzy poległych na froncie. Po powrocie natomiast raportowała na temat sytuacji w Austrii.

W maju 1943 roku, po przejściu krótkiego przeszkolenie w zakresie wywiadu morskiego, obejmującego m.in. znajomość okrętów Kriegsmarine i marynarskich stopni wojskowych, Halina została przez przełożonych skierowana z ryzykowną misją wywiadowczą do Hamburga. Wyposażona w miniaturowy aparat fotograficzny miała zlokalizować niemieckie obiekty o przeznaczeniu militarnym. Halina Kłąb tak zapamiętała swoją misję na terenie wroga:

     Moim wywiadowczym zadaniem było możliwie dokładne rozpoznanie następujących spraw i zagadnień: rozmieszczenie jednostek obrony przeciwlotniczej, a zwłaszcza stanowisk baterii plot., tzw. Flak (Fliegerabwehrkanonen); sposobu maskowania ważniejszych obiektów wojskowych i cywilnych na terenie miasta i portu; produkcji wojennej w stoczniach Hamburga; miejsc stacjonowania jednostek wojsk lądowych i marynarki wojennej; sytuacji ludności cywilnej, cudzoziemskich robotników i Niemców.

     Czas przeznaczony na wykonanie zadania wynosił 10 do 14 dni. Było ono niewątpliwie szerokie, jak na moje skromne przecież przygotowanie. Moimi atutami była jednak dobra znajomość Niemców i ich języka. Miałam plan Hamburga ze starego wydania Baedekera oraz chęć jak najlepszego wywiązania się z powierzonej misji.

2. Plan Hamburga i Altony z 1910 roku. Altona była odrębnym okręgiem administracyjnym w zachodniej części miasta, do Hamburga przyłączono ją w 1938 roku.

     Wyjechałam z Łodzi do Hamburga już następnego dnia rano, zaopatrzona w niezbędne rzeczy osobiste i kilka książek medycznych. Przez Kutno i Poznań przybyłam po południu do Berlina, gdzie trzeba było zaczekać na pociąg do Hamburga. Podczas wojny tylko ograniczona liczba miejsc w pociągach przeznaczona była dla cywili. W jednym z wagonów zauważyłam kilka pustych przedziałów z napisem "zarezerwowane". Przy wejściu do jednego z nich jakiś energiczny i pewny siebie Niemiec, tęgi blondyn w wieku 40-50 lat, głośno wyrażał swe oburzenie, iż przy tylu zarezerwowanych przedziałach brak jest w wagonie miejsc siedzących. Widząc, że i ja stałam w przejściu, przyjrzał mi się i powiedział konfidencjonalnie: "Zaraz musimy to załatwić". Po chwili podszedł do konduktora, coś mu szeptem powiedział i wsunął w rękę. Konduktor nie zareagował oburzeniem, czego nieraz, podróżując po Niemczech, byłam świadkiem. Przedsiębiorczy Niemiec podszedł znów do mnie i zapewnił, że gdy tylko ruszymy, będziemy mieli siedzące miejsca.

     Istotnie, pociąg nie opuścił jeszcze peryferii Berlina, gdy podszedł konduktor i otworzył jeden z zarezerwowanych przedziałów. W ten sposób dalszą podróż do Hamburga odbywałam wygodnie w towarzystwie owego Niemca, który okazał się bardzo rozmowny. Dużo i ze swadą opowiadał o sobie. Jest handlowcem, reichsdeutschem zamieszkałym w Bukareszcie, bardzo często wyjeżdża do Altreichu załatwiając sprawy swej firmy. Interesowała go oczywiście moja osoba. Skąd pochodzę? Co skłania mnie do podróży na północ kraju, gdzie podobnie jak w Zagłębiu Ruhry trwają ciężkie naloty i bombardowania aliantów? Wyjeżdżając do Rzeszy mieliśmy przygotowane z góry odpowiedzi na tego rodzaju pytania. Toteż odpowiadałam, w sposób możliwie naturalny, że jestem Niemką z Rygi, a ostatnio studiuję medycynę. Jadę do Hamburga, aby zasięgnąć informacji w tamtejszym Instytucie Medycyny Tropikalnej co do możliwości studiów w tym kierunku. Była to wersja wiarygodna, a przynajmniej tak mi się wydawało. Wyciągnęłam wkrótce jakieś podręczniki medyczne i dla przerwania dociekliwych pytań zagłębiłam się w lekturze.

     Podróż trwała około trzech godzin. Przed wjazdem na dworzec główny w Hamburgu mój towarzysz podróży zapytał, gdzie zamierzam zatrzymać się na noc. Odpowiedziałam, że spróbuję poszukać gdzieś prywatnej kwatery, może znajdę też miejsce w domu studenckim. W rzeczywistości liczyłam się z tym, że wypadnie mi nocować gdzieś na dworcu, jak to nieraz już miało miejsce podczas mych wyjazdów do Niemiec. W hotelach zapytywano o cel podróży i gość obowiązany był okazać legitymację służbową i pismo delegujące go do określonej miejscowości. Z tego właśnie powodu musiałam podróżować w nocy, a wywiadowcze zadania wypełniać w ciągu dnia. Mój najdłuższy rajd w takich warunkach trwał 8 dni i 7 nocy. W tym czasie objechałam wzdłuż i wszerz całe Niemcy i powróciłam – przez Bremę, Hamburg, Rostock, Szczecin, Krzyż i Poznań – do Łodzi, w stanie wymagającym kilkudniowego odpoczynku. Taką odpornością fizyczną i psychiczną dysponuje się w wieku 18-19 lat…

     Perspektywa wyspania się po wielu godzinach podroży jest jednak zawsze nęcąca, obrotny mój współtowarzysz podroży zapewniał, że załatwienie dla mnie noclegu w milionowym mieście to dla niego drobnostka. I faktycznie w hotelu "Hauptbahnhof" portier powitał go jak starego znajomego. Wypróbowana metodą wsunął portierowi do kieszeni zmięty banknot i polecił zawieźć mnie windą do pokoju.

     Następnego dnia zauważyłam uprzejmego "handlowca" w sali śniadaniowej. Czynił teraz wrażenie człowieka bardziej skupionego, poważnego. Gdy zapytał, co zamierzam robić, odrzekłam, że wybieram się do dzielnicy uniwersyteckiej. Stwierdził, że i on idzie w tym samym kierunku. Szliśmy jakiś czas w milczeniu i zastanawiałam się, jak pozbyć się kłopotliwego towarzysza. Niemiec zatrzymał się nagle przed szarym budynkiem z kilkunastoma schodami prowadzącymi ku wejściu. Obok masywnych drzwi można było bez trudu odczytać nazwę urzędu mającego tu swą siedzibę: Komenda Policji miasta Hamburga.

     Gdy poprosił mnie, abym weszła razem z nim do tego budynku, chciałam się pożegnać i odejść, dziękując oczywiście jak najuprzejmiej za pomoc okazaną mi w czasie podróży. Ale Niemiec ujął mnie energicznie pod rękę; nie widząc innej możliwości weszłam, a raczej zostałam wprowadzona do dużej sali przegrodzonej barierką, za którą urzędowali umundurowani Schupo. I jak bywa to w chwilach niebezpieczeństwa, stanęła mi momentalnie przed oczyma cała podróż i niepotrzebna znajomość. Gorączkowo szukałam w pamięci szczegółów, którymi mogłam się zdradzić. Musiał dostrzec moje ogromne napięcie, gdyż stał się nienaturalnie wesoły, śmiał się mówiąc coś do mnie, jak gdyby demonstrując swe zainteresowanie młodą dziewczyną. Moje zdenerwowanie nieco się zmniejszyło, gdy stojący przed nami interesant odszedł od barierki, a mój towarzysz wyjął z portfela jakieś legitymacje i służbowe papiery. Po chwili zrozumiałam, że rzeczywiście załatwia swoje sprawy służbowe. Otrzymał jakieś niezbędne pieczątki w papierach, podziękował i żegnając policjantów krótkim "Heil Hitler" skierował się razem ze mną ku wyjściu.

     Gdy znaleźliśmy się już na ulicy, powiedział, że ma jeszcze coś pilnego do załatwienia, podał mi rękę na pożegnanie i ruszył w przeciwnym kierunku. Stałam przez chwilę na pożegnanie i ruszył w przeciwnym kierunku. Stałam przez chwilę zdumiona, po czym z ogromnym uczuciem ulgi udałam się wolno w stronę portu. Musiałam wtedy porządnie najeść się strachu, gdyż scena w komendzie hamburskiej policji utkwiła mi na zawsze w pamięci. (…)

3. Fragment portu w Hamburgu na zdjęciu z 1936 roku. 

     W ciągu najbliższej godziny znajdowałam się na terenie portu, który ciągnął się wzdłuż kilkukilometrowego nabrzeża lejkowatego ujścia Łaby. Spacerując wzdłuż prawego brzegu widziałam rysujące się w dali kontury statków, setki dźwigów, mrowie kręcących się przy nich ludzi i ogarnął mnie niepokój. Jak sobie poradzę z moim zadaniem? Do dyspozycji mam tylko plan okolicy portu i aparat fotograficzny. Jak i od kogo zdobyć niezbędne informacje? Mijałam napisy ostrzegające, że fotografowanie obiektów portowych, a nawet samo posiadanie aparatów na terenie portu jest zabronione. To mi oczywiście nie przeszkodziło w wykonaniu kilkunastu zdjęć. Zawarłem znajomość z pewnym emerytowanym już robotnikiem portowym, siedzącym na ławce parkowej niedaleko prawego brzegu Łaby. Miał wygląd starego wilka morskiego ze swoją nieodłączną fajką, w czapce z lakierowanym daszkiem i sznurkiem na otoku. Chętnie zgodził się pozować dziewczynie, która zadaje naiwne pytania i interesuje się wszystkim, ponieważ nigdy jeszcze nie była nad morzem. Obiektyw tylko raz uchwycił sylwetkę siedzącego emeryta, za to wielokrotnie rysujące się na dalszym planie urządzenia portowe. Wracając z portu starałam się dobrze zapamiętać mijane budowle, ogromne bunkry i siatki maskujące rozpostarte nad wieloma obiektami.

     Wróciłam do hotelu późno wieczorem, ciągle w niezbyt dobrym nastroju. Zdawałam sobie sprawę z tego, jak znikomą wartość mają zebrane w ciągu całego dnia informacje. Nazajutrz jednak dopisało mi szczęście. Znowu udałam się do portu i już rano spostrzegłam dużą motorówkę, która zabierała z prawego brzegu robotników jadących do pracy. Przewoziła ich gdzieś na drugą stronę i mniej więcej po godzinie wracała. Pierwszy wyskakiwał na brzeg młody chłopak zarzucając cumującą linę na żelazny słupek. Widać było, że nudzi się oczekiwaniem na następny rejs, zapowiadany ostrym sygnałem syreny.

     Nawiązanie rozmowy z przewoźnikiem nie nastręczało większych trudności. Chłopak był zachwycony moim towarzystwem i wyraźnie nie mógł doczekać się przerwy, wiedząc, że oczekuje go ogromnie jego pracą zainteresowana i rozradowana dziewczyna. Wkrótce też opowiedział wiele o sobie. Nie ma własnego mieszkania, zatrzymał się na razie u siostry, która jest osobą kłótliwą, również szwagier ledwo go toleruje. On sam zdążył już być na froncie, w Afrika-Korps gen. Rommla. O wojsku i stosunkach panujących tam mówił z niechęcią, prawie nienawiścią. Zwolniony po przebyciu ciężkiej choroby do cywila, miał za sobą już także pobyt w więzieniu. Do obecnej pracy skierowano go przymusowo. Z wojskiem, jak się wyraził, "dali mu spokój". Młody Niemiec był dosyć prymitywny, miał ukończonych kilka klas szkoły podstawowej i łatwo mi było grać role dziewczyny "z lepszego domu", której towarzystwo wyraźnie mu zaimponowało. Wyczerpująco odpowiadał na moje mimo wszystko oględne pytania, czasem sam zaskakiwał informacjami, na których mi szczególnie zależało.

     Rozmawialiśmy tylko w przerwach między rejsami, ale nazajutrz zapytał, czy nie zechciałabym towarzyszyć mu w czasie jego służby na motorówce. Było to niezgodne z regulaminem, ale młody niemiecki proletariusz i niezbyt gorliwy patriota "Tysiącletniej Rzeszy" nie bardzo tym się przejmował. Przed pierwszym rejsem wprowadził mnie na pokład, a podczas rejsu chełpliwie opowiadał o wszystkim, co mijaliśmy w drodze, zwłaszcza o tym, co wiedział na temat portu i stoczni hamburskich. A wiedział na moje szczęście dużo. Przez okienko kajuty pokazywał opuszczające stocznie okręty podwodne, informował mnie, skąd i dokąd pływają niektóre jednostki. Z pokładu motorówki, a po pracy z nabrzeża, pokazywał mi zamaskowane obiekty. Dopingował go wyraźnie mój gorliwie okazywany podziw dla jego wiadomości, dość zresztą ograniczonych poza interesującymi mnie sprawami. Na posiadanym planie i dodatkowo zrobionym szkicu udało mi się wyrysować szereg obiektów, m.in. doskonale zamaskowane tereny stoczni "Focke-Wulf" [zapewne Blohm&Voss - DK], dla niewtajemniczonego oka widoczne tylko jako wzgórza porosłe z rzadka drzewami i pokryte gdzieniegdzie małymi domkami-makietami. Lepszego przewodnika nie można było sobie życzyć i jemu też głównie zawdzięczałam stosunkowo szybkie spenetrowanie terenów portowych.

     Rozpoznanie obiektów na obszarze samego miasta nie nastręczało już tak wielkich trudności. Wędrowałam różnymi dzielnicami, starając się w niczym nie różnić od przechodniów zaaferowanych swoimi sprawami. Przy bunkrach lub obiektach wojskowych pytałam naiwnie, czy to są zabytki chronione przed nalotami, i w ten sposób uzyskiwałam od przechodniów informacje co do charakteru i funkcji obiektów. Już po tygodniu uznałam, że posiadam wszystkie najważniejsze informacje, dla których tu przybyłam, i powinnam wracać do Łodzi.

     I wtedy znów spotkałam "rumuńskiego Niemca", który chodził własnymi drogami i wcale się mną więcej nie interesował. Zamieniliśmy dosłownie kilka zdań w przejściu hotelowym. Zapytał, kiedy wyjeżdżam z Hamburga i dokąd chcę się udać. Odpowiedziałam, że już jutro zamierzam wracać do Wiednia. Ucieszył się i powiedział, że i on ma zamiar jechać tego samego dnia, przez Wiedeń do Bukaresztu. Możemy więc wspólnie polecieć samolotem do Wiednia. Postanowiłam przyspieszyć wyjazd i odjechać rannym pociągiem, gdy nazajutrz boy hotelowy przyniósł mi kopertę, w której był liścik ze słowami pożegnania i załączony bilet lotniczy dla jednej osoby na linii Berlin-Wiedeń. Znajomy z pociągu pisał, że żałuje, iż podróż powrotną będzie musiał odbywać sam, gdyż jego interesy handlowe wymagają przedłużenia pobytu w Hamburgu.

     Zastanawiałam się, czy wolno mi skorzystać z tego nieoczekiwanego prezentu. Po przygodzie w komendzie Schutzpolizei nie spodziewałam się zasadzki, ale było to wszystko trudne do logicznego wytłumaczenia, dziwne, nierealne. Mój usłużny współtowarzysz z pociągu znikał i pojawiał się jak deus ex machina, w chwilach, gdy byłam przekonana, że przestał się mną zupełnie interesować. Do tego nie wiedziałam, jak odbywają się loty, jak należy zachowywać się na lotnisku, by nie wzbudzić podejrzeń itp.

     Moje wahania nie trwały jednak długo. Miałam 18 lat i nigdy jeszcze nie leciałam samolotem. Opracowałam jeszcze notatki z zebranych ostatniego dnia informacji, ukryłam je przy sobie i odjechałam pociągiem do Berlina.

4. Lotnisko Berlin-Tempelhof przed wojną. 

     Na lotnisku Berlin Tempelhof znalazłam się około godziny 11. Pierwszym zaskoczeniem było to, że musiałam zdać bagaż. Zapytano mnie również, czy wiozę aparat fotograficzny. Zaprzeczyłam, ale przysporzyło mi to przed startem samolotu dodatkowych emocji.

     Samolot zabierający około dwudziestu pasażerów wiózł na pokładzie kilku generałów. Byłam jedyną osobą cywilną i jedyną kobietą podczas tego lotu. Obok mnie zajął miejsce generał wojsk obrony przeciwlotniczej, któremu bardzo się podobały moje zainteresowania lotem i już wkrótce opowiedział mi wiele ciekawych rzeczy. Był równie zachwycony, tak jak chłopak z motorówki w porcie hamburskim, gdy nie rozpoznałam zamaskowanych obiektów, tym razem wojskowego lotniska. Po około dwóch godzinach lotu wylądowaliśmy w Wiedniu. Jeszcze tego samego dnia wsiadłam do pociągu, który przez Wrocław-Ostrów Wielkopolski zawiózł mnie do Łodzi.

     Moi przełożeni słuchali raportu z nieskrywanym zadowoleniem. Nie spodziewali się tak obszernych informacji... 

Misja wywiadowcza Haliny Kłąb związana była z zainteresowaniem ze strony brytyjskich służb wywiadowczych rozbudową Kreigsmarine oraz pracą portów. We wrześniu 1942 roku Londyn zwrócił się z prośbą do komendanta głównego Armii Krajowej generała Stefana Roweckiego "Grota", o wzmożenie pracy wywiadowczej w niemieckich oraz okupowanych miastach portowych. Wśród nich wymieniane były: Brema, Hamburg, Kilonia, Lubeka, Rostock, Szczecin, Gdynia, Gdańsk, Elbląg, Królewiec, Kłajpeda, Libawa i Ryga. Informacje, jakie przekazywano, oceniane były bardzo wysoko przez specjalistów z Secret Intelligence Service.  

***

Źródła fotografii:

  1. Domena publiczna. 
  2. Domena publiczna.
  3. Domena publiczna.
  4. Wikimedia Commons CC BY-SA 3.0.   

Bibliografia:

  • Bohdan Chrzanowski: Organizacja wywiadu Związku Walki Zbrojnej – Armii Krajowej na Pomorzu podczas okupacji niemieckiej. Próba analizy, "Przegląd Archiwalny Instytutu Pamięci Narodowej", Warszawa 2021, Tom 14. 
  • Remigiusz Piotrowski: Rozkaz: Trzaskać! Zapomniane akcje polskiego podziemia, Warszawa 2015. 
  • Robert Szcześniak: Wywiad Armii Krajowej, Warszawa 2016.  
  • Zbiorowe: Życie na krawędzi. Wspomnienia żołnierzy antyhitlerowskiego wywiadu, Warszawa 1980.

 

                      

Komentarze